Fujifilm X-Pro 2

Miłosz Bolechowski

czas czytania: 5 min
Poniższy artykuł jest fragmentem większej całości, opublikowanej jako „cudawianki 2020” — klikając w ten link, możesz zobaczyć całość.

Jako zagorzały przeciwnik zakupów dokonywanych pod wpływem impulsu, mam w swojej historii nabytki, które czekały na swoją kolej dosłownie latami. Zobaczcie zresztą sami; w swoich notatkach mam taki wpis w 5 stycznia 2017 roku:

Dawno żaden sprzęt fotograficzny nie zadziałał na mnie tak, jak dzisiejsza premiera grafitowej wersji Fujifilm X-Pro 2. Nie jest żadną tajemnicą, że przymierzam się do tego aparatu od dnia premiery czarnej wersji i, gdyby nie fakt, że uwielbiam swojego X100T, to pewnie dawno bym już go miał. Grafitowa wersja jednak nawet na zdjęciach wygląda zjawiskowo, a podejrzewam, że na żywo jest jeszcze lepiej. Przywodzi mi na myśl Mamiyę 7II, która ma podobny kolor, choć zdaje się, nie jest wykonana aż tak dobrze jak X-Pro 2.

Długo o nim myślałem, niejednokrotnie dzieliłem się swoimi dylematami na łamach „à propos piątku”, aż w końcu, w sierpniu 2020 roku (czyli 10 miesięcy po premierze jego następcy — modelu X-Pro 3) zdecydowałem się na jego zakup. Udało mi się znaleźć egzemplarz używany w nadzwyczaj dobrym stanie i bardzo akceptowalnej cenie — innymi słowy; prawie nie miałem wyboru.

W „à propos piątku” #090 tłumaczyłem po co mi taki aparat:

Co zaś tyczy się ogniskowej; w tekście o X100T pisałem, że czasem razem z nim, do torby trafia Canon z 50-tką lub 85-tką, bo to jednak takie zdjęcia częściej trafiają u nas na ścianę. Ideowo więc, X-Pro 2 ma w tym kontekście zastąpić Canona. Tak, żeby nie musieć zabierać go z biura na co dzień i nie wyjeżdżać z nim na wakacje. Jaki zatem powinien mieć obiektyw? Zacząłem od 35-tki (czyli ekwiwalent 50 mm) i to trochę przewrotnie i niejako wbrew sobie. Mam bowiem obiektyw (obiektywik? obiektywiątko?) 35/2.0 — malutki, szybki, cichy, uszczelniony, bardzo tani, ale jednak trochę ciemny.

I choć minął wtedy dopiero miesiąc od zakupu, napisałem:

Tak czy inaczej już teraz czuję, że zakup X-Pro 2 to początek pięknej przygody. I ten dźwięk migawki, mówię Wam…

Chyba miałem rację, bo redagując „Podsumowanie roku 2020” X-Pro 2 (z kolejnym już obiektywem; 7Artisans 35/0.95) uznałem za „najlepszy zakup prywatny”. Co więcej, zaznaczałem wtedy, że zwycięstwo w tej kategorii było bezdyskusyjne, bo było to „i długo, długo nic”. Już wtedy było też jasne, że idea stojąca za zakupem tego aparatu się sprawdziła, bo kończyłem tę wzmiankę takimi słowami:

Na koniec dodam tylko, że odkąd go mam, nie zdarzyło mi się zabrać Canona z biura do domu np. na weekend, jak to wcześniej bywało. Wygląda na to, że od pewnego czasu mam już swój prywatny i służbowy sprzęt.

Opisałem to wszystko szerzej w artykule „Moje aparaty na co dzień i na wakacje — edycja 2020”, gdzie chyba kluczowym — na potrzeby tego „miniartykułu” — jest najprawdopodobniej ten fragment:

pamiętam, gdy w jego (tj. X-Pro 2) recenzjach czytałem o tym jak to jest on „przedłużeniem ręki i oka fotografa”, jak to jest „narzędziem, nie przeszkadzającym w procesie fotografowania”, jak „bliski jest fotografowi” i innych frazesach, które zdolni wymyslać są tylko ambasadorzy marki lub dział marketingu. Ale dziś, po ośmiu miesiącach z nim mam ochotę napisać dokładnie to samo, co oni…
Pamiętam jaki miałem problem, opisując X100T, żeby wyrazić swój zachwyt nad tym trudnym do zwerbalizowania połączeniem między aparatem a fotografem i nie zostać jednocześnie uznanym za wariata. Wyraźnie czuć jednak w obu tych aparatach, że proces tworzenia tych urządzeń — od wstępnej idei po gotowy produkt — różnił się od tego, którego efektem są aparaty „all-in-one”; świetnie wypadające w porównaniach i tabelkach, i sprawdzające się w każdym rodzaju fotografii. Tu, zdaje się, nikt nie miał ani takich ambicji, ani takiego planu.
Fujifilm X-Pro nie skusi więc — jak gdzieś kiedyś przeczytałem — techno-konsumenta; to prosty aparat, który daje jednak mnóstwo radości z fotografowania. Dlatego właśnie zyskał tak duże grono wielbicieli, których nie potrafię nazwać inaczej niż „fotografami świadomymi swoich potrzeb”. Jednocześnie nie chciałbym obrazić nikogo, kto (czasem pewnie słusznie) uważa, że X-Pro 2 nie ma szans spełnić jego potrzeb — nie oznacza to, że ktoś taki nie jest świadomym fotografem. Nie w tym rzecz. Chodzi mi bowiem o to, że jeśli zastanowić się nad samą ideą fotografii jako takiej, to tak naprawdę — w zakresie sprzętu — niewiele jest nam potrzebne. Owszem, większe i bardziej czułe matryce, szybsze systemy automatycznego ustawiania ostrości, bardziej wyraźne wizjery czy ostrzejsze obiektywy; to wszystko może pomóc i często — zwłaszcza w kontekście pracy zawodowej i zleceń dla osób trzecich — pomaga. I choć X-Pro 2 może się sprawdzić także w takim użyciu (jest wielu fotografów, którzy udowadniają to każdego dnia), to dziś chciałbym się od tego odciąć, przynajmniej na kilka chwil, i skupić się bardziej na roli twórcy wspomnień. X100T sprawdzał się w niej u mnie znakomicie, a X-Pro 2 wypełnia pewną (krótko–teleobiektywową) lukę, jaką tworzy używanie wyłącznie aparatu w rodzaju X100.

Jest więc jasne, że szalenie polubiłem ten aparat i nie kryję żalu, że nie kupiłem go wcześniej.

W kolejnym artykule — „Moje aparaty na co dzień i na wakacje — część 2” — wspomniałem co nieco o samym procesie fotografowania i oczekiwania na zdjęcia:

Wiem też, że wiele osób nie podziela mojej opinii, ale możliwość pracy z wizjerem optycznym to dla mnie ogromny plus; to dla mnie taki mentalny powrót do fotografowania analogiem — robisz zdjęcie przy użyciu wizjera optycznego, nie włączasz podglądu na wyświetlaczu i dopiero przy komputerze (czyli i tak dużo wcześniej niż przy pracy z filmem) sprawdzasz „jak wyszło”. Znakomicie mi się to sprawdza w przypadku aparatu, którym fotografuję dla siebie — presja jest mniejsza, tj. jeśli „nie wyszło”, to nic się nie stanie. A jeśli do tego dodać, że w domu nie mam komputera, to zdjęcia z weekendu oglądam dopiero w biurze, najczęściej w poniedziałkowe popołudnie. I, wierzcie mi, bardzo lubię i cenię sobie tę przerwę.

Na tym jednak komplementy się nie kończyły:

(…) cała reszta — od aparycji, która sprawia, że podobnie jak w przypadku X100, tu też jest się mile widzianym z takim aparatem w praktycznie każdym środowisku czy każdych warunkach aż po dźwięk migawki — wynagradza to wszystko z nawiązką. Na tyle, że gdybym nie znał serii X100 lub — co gorsza — gdyby ona w ogóle nie istniała, X-Pro 2 byłby moim ulubionym aparatem. Kropka.

Nic od tego czasu się nie zmieniło. X-Pro 2 jest ze mną w każde popołudnie, w każdy weekend, podczas każdego wyjazdu, każdego wyjścia do znajomych, a także podczas większości spacerów z dziećmi. Jest wspaniałym uzupełnieniem X100 i niezmiennie daje ogrom radości z samego procesu fotografowania.

W odróżnieniu od X100, ten aparat potrzebuje jednak, aby dołączyć do niego jakiś obiektyw.

cudawianki_2020recenzje sprzętusprzęt fotograficznyaparatyFujifilmx-pro

dyskusja